- A teraz ogłaszam was mężem i żoną – rzekł ksiądz Luthor, kończąc uroczystość ślubną w kapliczce nad jeziorem w malowniczym miasteczku Red Pointview.
Sakrament małżeństwa zawarli Clark Leto i Lois Carpenter. W malutkiej kapliczce znajdował się tylko ksiądz, młoda para i ministrant. Clark musnął żonę wargami, po czym wziął ją za rękę i powoli ruszyli do wyjścia. On miał na sobie elegancki, czarny jak węgiel garnitur i buty z czubkiem. Ona była odziana w śnieżnobiałą, aksamitną suknię i szpilki koloru mlecznego, którymi nieustannie zahaczała o długą suknię. Byli zupełnymi przeciwieństwami, a wręcz magnetycznie się przyciągali. On, dwudziestoczteroletni, średniej postury blondyn o szafirowych oczach, już po jednym rozwodzie, zawsze ułożony, kierujący się logiką, racjonalnie myślący, opanowany. Ona, dwudziestodwuletnia, filigranowa brunetka o szmaragdowych oczach, wiecznie uśmiechnięta i roześmiana, szalona, kierująca się raczej emocjami, roztargniona. Kiedy tylko wyszli za próg kapliczki, ich oczom ukazał się dość stary i nieco obskurny budynek; hotel o dźwięcznej (i cholernie infantylnej, jak mawiał Clark) nazwie „Biały tulipan”. Nie był on niczym szczególnym, ale młoda para darzyła go niemałym sentymentem. W końcu nie można przechodzić obojętnie obok miejsca, gdzie po raz pierwszy uprawiało się seks, prawda? Clark bywał tu także ze swoją byłą żoną. Ostatniego pobytu w tym miejscu z nią nie wspominał miło. Miał do tego powody. Już prawie w stu procentach zapomniał, nie chciał do tego wracać. Nie wiedział tylko jednego.
Nie wiedział, że to wróci samo.
Synu, przepraszam...
Wspięli się po kilku stopniach i pchnęli w tym samym momencie cierpko skrzypiące drzwi. Młody pan posłał podstarzałej i garbatej recepcjonistce o irytująco miłym i dobrotliwym wyrazie twarzy pełen niekłamanego uroku uśmiech i bez wahania, wraz z Lois, wkroczył na odrobinę przegnite, drewniane schody. Wreszcie znaleźli się na górze i biegiem ruszyli do swojego pokoju. Kiedy w końcu się tam dostali, nawet się nie przebierali. Tak bardzo chcieli się sobą nacieszyć, zupełnie jakby przewidywali, że już tego nie doświadczą w obecnym wcieleniu. Obskurne, poobdzierane ściany, niegdyś koloru oliwkowozielonego, były zmuszone obserwować kochającą się parę i, co niezbyt szokujące, nie wykazywały żadnych protestów. Wreszcie, po dwóch godzinach, państwo Leto odłączyli się z miłosnego uścisku. Rozrzucone po całym pokoju poszarpane kawałki śnieżnobiałej sukni ślubnej kontrastowały z porozrywanymi częściami czarnych spodni, przypominając yin i yang.
Z pewnością się działo.
Około piętnaście po drugiej w nocy Clark uniósł powiekę, by zaspokoić oczy widokiem ukochanej, lecz...
Pani Lois Leto nie było w łóżku.
Pan młody nerwowo zeskoczył z barłogu, ubrał dżinsy i narzucił koszulę. Podszedł do okna, otworzył je i wychylił się, wypatrując małżonki. Po kilku chwilach bezskutecznego wytężania wzroku w oczy rzuciła mu się biała sylwetka. Szła w kierunku... jeziora. Clark odwrócił się i w okamgnieniu ruszył do drzwi. Rzucił się biegiem przez korytarz, przeskakiwał po trzy schody, już otwierał drzwi frontowe „Białego tulipana”, lecz Lois była już niebezpiecznie blisko wody.
- Lois, czekaj! Zatrzymaj się!!! – krzyczał wniebogłosy.
Wbiegł na pomost i rzucił się sprintem w kierunku żony. Był już na wyciągnięcie ręki. Już ją wyciągał, był tak blisko...
W tym samym momencie rozległ się głośny plusk. Leto widział już tylko jasną sylwetkę, zapadającą się coraz głębiej w ciemną toń wody.
Lois Leto utonęła.
-
/Ewelina :D/:
-
obscurity:
Pokaż wszystkie (2) ›