Dwa lata później
- Halo, proszę pana, zamykamy już! – wrzasnął gruby barman, stercząc w drzwiach od zaplecza. – Panu już chyba na dziś wystarczy.
- Yyy... Ech... A, tak... Już idę... – powiedział przepraszającym tonem Clark Leto, wstając od stolika i zataczając się od ilości wypitego alkoholu.
Skierował się w stronę drzwi i chwiejnym krokiem ku nim ruszył. Pchnął je i wyszedł na ulicę. Była pierwsza w nocy. Miasteczko Terriville było pogrążone w objęciach Morfeusza. Mężczyzna podszedł do latarni, aby oświetlić tarczę zegarka. Odczytał z trudem godzinę i zrezygnowany usiadł na chodniku, opierając się plecami o latarnię. Wyglądał jak wrak człowieka; zaniedbany, przepity, wiecznie zmęczony. Ubrany był w pościerane, ciemnoniebieskie dżinsy, spłowiały, pomarańczowy t-shirt i ciemnobrązowy, długi płaszcz. Jego oczy i wyraz twarzy skrywały pustkę i ból. Clark już nie wyglądał tak dobrze, jak dawniej. Podniósł się powoli i niepewnym krokiem ruszył do domu. Po kilkunastu minutach dotarł wreszcie do drzwi mieszkania, już za trzecim razem trafił kluczem do zamka, zrzucił z siebie ubranie i ruszył do łóżka.
Wtedy właśnie rozległ się dźwięk telefonu.
Kto, do jasnej cholery, może tu dzwonić o tej godzinie?
Przez chwilę zastanawiał się, czy odebrać. Wreszcie, po trzecim sygnale, uczynił to. To, co usłyszał, dosłownie go zmroziło.
Usłyszał głos osoby, który poznałby na drugim końcu świata.
Głos Lois Leto.
- Cześć Clark. Co słychać? Dawno się nie widzieliśmy, wiem, przepraszam. Pamiętasz hotel „Biały tulipan” w Red Pointview? Całkiem przyjemne miejsce. Może mógłbyś tam wpaść jutro? Będę tam na ciebie czekała. Wezmę ze sobą Timmy’ego. Aha, Clark, dlaczego nigdy mi nie mówiłeś, że twoja była żona, Evelyn Kelleher, też tu jest? Czemu mi nie powiedziałeś, że ona nie żyje?
- Halo, proszę pana, zamykamy już! – wrzasnął gruby barman, stercząc w drzwiach od zaplecza. – Panu już chyba na dziś wystarczy.
- Yyy... Ech... A, tak... Już idę... – powiedział przepraszającym tonem Clark Leto, wstając od stolika i zataczając się od ilości wypitego alkoholu.
Skierował się w stronę drzwi i chwiejnym krokiem ku nim ruszył. Pchnął je i wyszedł na ulicę. Była pierwsza w nocy. Miasteczko Terriville było pogrążone w objęciach Morfeusza. Mężczyzna podszedł do latarni, aby oświetlić tarczę zegarka. Odczytał z trudem godzinę i zrezygnowany usiadł na chodniku, opierając się plecami o latarnię. Wyglądał jak wrak człowieka; zaniedbany, przepity, wiecznie zmęczony. Ubrany był w pościerane, ciemnoniebieskie dżinsy, spłowiały, pomarańczowy t-shirt i ciemnobrązowy, długi płaszcz. Jego oczy i wyraz twarzy skrywały pustkę i ból. Clark już nie wyglądał tak dobrze, jak dawniej. Podniósł się powoli i niepewnym krokiem ruszył do domu. Po kilkunastu minutach dotarł wreszcie do drzwi mieszkania, już za trzecim razem trafił kluczem do zamka, zrzucił z siebie ubranie i ruszył do łóżka.
Wtedy właśnie rozległ się dźwięk telefonu.
Kto, do jasnej cholery, może tu dzwonić o tej godzinie?
Przez chwilę zastanawiał się, czy odebrać. Wreszcie, po trzecim sygnale, uczynił to. To, co usłyszał, dosłownie go zmroziło.
Usłyszał głos osoby, który poznałby na drugim końcu świata.
Głos Lois Leto.
- Cześć Clark. Co słychać? Dawno się nie widzieliśmy, wiem, przepraszam. Pamiętasz hotel „Biały tulipan” w Red Pointview? Całkiem przyjemne miejsce. Może mógłbyś tam wpaść jutro? Będę tam na ciebie czekała. Wezmę ze sobą Timmy’ego. Aha, Clark, dlaczego nigdy mi nie mówiłeś, że twoja była żona, Evelyn Kelleher, też tu jest? Czemu mi nie powiedziałeś, że ona nie żyje?

-
/Ewelina :D/:
-
obscurity:
Pokaż wszystkie (2) ›